Już w przeddzień turnieju wiadomo było, że zostanie pobity rekord frekwencji w historii Turniejów GRAND PRIX VICTOR’a Seniorów. Ale ostateczna liczba 113 uczestników była niezwykle miłą niespodzianką dla organizatora. I w tak licznym gronie przyszło nam spędzić sobotę na gościnnej hali AON w Warszawie Rembertowie. Gościnnej, ale jak się okazało „pękającej w szwach” od ilości graczy i widzów. Nie wystarczyły trybuny więc co bardziej zaradni powyciągali z kantorka materace i pokotem zalegli wokół kortów. Jak zwykle impreza była rozgrywana na profesjonalnych 5-ciu matach VICTOR’a co mocno poprawia standard gry i jakość kibicowania. Rozegrano ponad 150 pojedynków a ostatni zawodnik opuścił kort o godzinie 0:30 po północy. Jako organizator byłem pełen podziwu obserwując zapał do gry w tak późnej porze przez wielu moich kolegów i koleżanek. Ale tak już mają seniorzy, że lubią niedzielę mieć dla siebie, więc gdy mają taką możliwość to do skutku chcą rozegrać turniej za jednym podejściem. Hala była przygotowana na podjęcie imprezy w niedzielę lecz z wyboru uczestników rozegraliśmy turniej w jeden dzień. Nie sposób opisać rezultatów gry choćby samych finalistów. Turniej składał się bowiem z 34 różnych kategorii gier a wszystkich nagodzonych miejsc było 115…. Zatem zachęcam do przestudiowania pliku z wynikami. Pojawiło się wielu „nowych graczy” – nowych sprzed 30-u z hakiem lat… Miło mi było gościć po tylu właśnie latach Piotra i Iwonę Sobotków, którzy mnie osobiście przenieśli na chwilę w epokę moich czarnych wtedy włosów…I jak zawsze wysoce sobie cenię obecność wielu wytrwałych, jakże aktywnych seniorów badmintona, bez których takie nasze badmintonowe spotkania trudno sobie wyobrazić. Turniej ten uświadomił mi jak bardzo ewoluuje świat seniorów badmintona. Jest nas z pewnością rok w rok coraz więcej. Zobaczyłem wiele nowych nazwisk i twarzy, które na pewno nie wzięły się z księżyca. Po prostu gdzieś w Polsce zaczynali przygodę z badmintonem, potem wiele lat grali w swoich regionach a dziś zaszczycili mnie, jako organizatora swoją obecnością. A i grą na najwyższym poziomie. Nie umknęło mi uwagi zjawisko sztafety pokoleniowej. Tata Maleszewski z Rucianego wydelegował tym razem swego syna Fabiana, który odpadł od kierownicy TIR’a by stoczyć to w Warszawie kilka świetnych pojedynków dochodząc do półfinału efektownymi „rzutami na matę” i nieprawdopodobną walecznością. Panowie z brzuszkami (Oskar Jass, Marek Krajewski i wielu innych) jakby zapomnieli tego wieczoru o „przeciwwadze”, jaka im na co dzień towarzyszy i zaprezentowali wiele skutecznych akcji na korcie. I wielu z nas z pewnością tego dnia zapomniało o peselu. Wymieniliśmy setki uścisków dłoni i chyba wszyscy dobrze się bawiliśmy gdyż wszędzie widać było ożywione twarze. Kiedy szedłem spać o drugiej nad ranem, niemal padałem z nóg, ale miałem pewność, że warto było zorganizować tę imprezę choćby dla tych wszystkich uśmiechniętych osób z „mojego od 38 lat” świata badmintona.
Jacek Szafrański